Czego nauczyłam się od “Najgorszego człowieka na świecie”?


“Najgorszy człowiek na świecie” Małgorzaty Halber to historia alkoholiczki, wychodzącej z nałogu.
Wróć!
To historia zupełnie zwyczajnej, niespełna trzydziestoletniej balangowiczki, która postanowiła przerwać zaklęty krąg poniedziałkowych kaców i weekendowych szaleństw.
Brzmi zupełnie inaczej, prawda? Tak niewinnie. Na pewno łatwo jej poszło, bo przecież to tylko zabawa, każdy może przestać, kiedy będzie chciał, tyle, że na razie po prostu nikt nie chce.

Książka zaczyna się od opisu przerażającego, kompulsywnego, wieloletniego picia. Moja pierwsza myśl brzmiała: “Kurna, no ja aż tak daleko to nie popłynęłam. To będzie męcząca lektura”. Tyle, że to, jak się okazało, był dopiero początek. Początek długiej drogi, żmudnej walki i powolnego, bolesnego budzenia się do życia. Szybko i ze wstydem zdałam sobie sprawę, co czytam. Między wierszami dostrzegłam własne refleksje, własne doświadczenia. W wersji przegiętej i ekstremalnej, owszem. Ale wystarczyło, żeby mną pozamiatać podłogę i wyżąć jak mokrą ścierkę. To nie jest “Pod mocnym aniołem”, które nie dotyczy przeciętnego Kowalskiego. To jest opowieść o większości z nas. Wszyscy myślimy czasem, że jesteśmy najgorszymi ludźmi na świecie.

Czego nauczyłam się od “Najgorszego człowieka na świecie”?

Nauczyłam się, że problem uzależnień nie dotyczy tylko starych i zniszczonych ludzi z AA i MONAR-u, lecz na dobrą sprawę każdego z nas.

Wszyscy jesteśmy uzależnieni lub znamy kogoś uzależnionego. To kompletnie nieważne, czy jesteś uzależniony od alkoholu, dragów, czy może od zakupów, grania na kompie, jedzenia, pracy, chodzenia na siłownię, wyrywania lasek na jedną noc czy klepania zdrowasiek. Nie ma różnicy! Uzależnienie to niekoniecznie degeneracja, leżenie w kałuży wymiocin i kału, zmaltretowana żona i zasyfione mieszkanie. To przede wszystkim ucieczka od prawdziwego siebie. To zagłuszanie własnych emocji, odwracanie wzroku od tego, co niewygodne.Przedmiot naszego uzależnienia jest najlepszą nagrodą za trudy, najlepszym pocieszycielem w trudnych chwilach, uspokojaczem nerwów, sposobem na słoneczne popołudnie. Dbamy o to, by był cały czas przy nas. Gdy znika, życie staje się nie do zniesienia.

Nauczyłam się, że życie nie polega na tym, żeby było super, pięknie i kolorowo jak w Hollywood.

Prawdziwe doświadczenie życia zawiera w sobie zarówno radosne, jak i trudne emocje, kryje i blask, i mrok. My nie lubimy tego mroku, bo nie wiadomo, co tam jest, lepiej w ogóle na to nie patrzeć, zakryć to czymś, co jest przyjemniejsze i odwróci naszą uwagę. Tyle, że to oznacza zapomnienie o samym sobie. Bo prawdziwy Ty masz ciemną stronę i choćbyś się jej wyparł, ona nie zniknie. To dlatego kiedy przez pewien czas oddajesz się swojemu nałogowi, a później przestaniesz, to nagle życie robi się szare i nieszczęśliwe. To ta zaniedbana część Ciebie dochodzi do głosu, rozpaczliwie pragnie, żebyś ją zauważył. To nie znaczy, że życie w ogóle już zawsze będzie szare i nieszczęśliwe. Po prostu masz zrobić z nim porządek.

Nauczyłam się, że nie znamy samych siebie, bo nie znamy własnych emocji.

Nie potrafimy ich nawet nazwać. Teraz dzieci uczy się od małego rozpoznawać i nazywać swoje emocje. Może dzięki temu mniej będzie wśród nich ludzi uzależnionych. Nam raczej kazano emocje powściągać, hamować i wypierać się ich, niż je bezpiecznie wyrażać. Wielu mężczyzn nie potrafi głośno się rozpłakać, wiele kobiet nie umie się porządnie rozgniewać, lub też długo tłumią w sobie złość i wybuchają, niszcząc całe otoczenie. Nie potrafimy nawet powiedzieć, czym dokładnie jest to gniotące coś, co czujemy, boimy mu się porządnie przyjrzeć i pozwolić, żeby było. Wiemy tylko, kiedy czujemy radość i przyjemność, bo to do gonienia za nimi zostaliśmy specjalnie wytresowani. Od pozostałych emocji wolimy spierdalać gdzie pieprz rośnie, a to, że w ogóle je kiedykolwiek czujemy, budzi nasze wielkie poczucie winy. Bo przecież don’t worry, be happy! A ty właśnie worry. No to jak ty śmiesz uważać, że jesteś w porządku?

Nauczyłam się, że zamiana jednego uzależnienia na drugie to nie jest wyjście z uzależnienia.

Ktoś dużo ćpał, ale później przestał i zaczął dużo pić, ktoś dużo palił, ale zamiast tego zaczął dużo jeść? Zamienił stryjek siekierkę na kijek. To nazywa się uzależnieniem krzyżowym i można to porównać do huśtawki, w której raz idzie w górę jedna strona, raz druga. Dalej masz ten sam problem, tyle, że sobie sprytnie go obszedłeś dookoła i oglądasz go teraz od innej strony.

Nauczyłam się, że terapia jest fajna i potrzebna.

Co prawda książka potwierdza, że niektórzy terapeuci to wyciągnięte z dupy oszołomy, ale też z całą mocą informuje, że terapia się przydaje i potrafi zmienić życie. Pomaga odnaleźć prawdziwego siebie. Opisy mnie przekonują. Przypuszczam, że każdy z nas w pewnym stopniu mógłby na niej skorzystać, bo jesteśmy społeczeństwem nieszczęśliwych i zagubionych ludzi, a wielu z nas permanetnie znajduje się na jakimś zakręcie. Po rozstaniu z moim ex cztery lata temu (wow, ale ten czas leci) sama świetnie nadawałam się na terapię i w sumie szkoda, że nie poszłam, może szybciej bym sobie poradziła. Na pewno będę pamiętać, że jest taka możliwość, i że nie świadczy ona o słabości, przeciwnie, wymaga znalezienia siły do stawienia czoła trudnościom i chęci uzdrowienia siebie, i do przyznania się, że naprawdę jestem w tarapatach i niech mi ktoś pomoże.

Nauczyłam się, że wszyscy mają tak samo, jak ja.

I to było dla mnie najbardziej wzruszające i straszne jednocześnie. I w obliczu tego jestem najbardziej bezradną, małą dziewczynką. Bo mnie też nikt tego nigdy nie mówił. Nikt mi nie mówił, że każdy czasem czuje się skrępowany przy ludziach, że każdy czegoś w sobie się bardzo wstydzi. Że własny wizerunek siebie zbudowany na nałogu jest nietrwały i nieprawdziwy, że pozbawiony go każdy czuje się jak obdarty ze skóry. Że prawdziwy Ty jesteś dokładnie taki, jak byłeś w dzieciństwie, zanim zaczęło się to całe dojrzewanie, to przycinanie wystających rogów, by pasowały do szablonu, to tresowanie, które zabrało ci swobodę wyrażania siebie i popchnęło w kierunku życia takiego, jakie mają wszyscy. Wszyscy jesteśmy zamknięci w jakiejś groteskowej klatce. Wszyscy na swoje liczne i pomysłowe sposoby uciekamy od prawdziwych siebie.
I wszyscy gorliwie temu zaprzeczamy.

To, żeby żyć szczerze i prawdziwie, nawet jeśli oznacza to ból od czasu do czasu, jakiś czas temu stało się moim priorytetem. Książka Małgorzaty Halber uświadomiła mi, że daleko już zaszłam i mogę być z siebie ogromnie dumna, ale że pomimo tego wciąż jeszcze długa droga przede mną. Nie będzie łatwa i jeszcze wiele razy będzie najeżona trującymi kolcami. Ale idę nią, bo halo! Kocham to życie, właśnie takie, jakie mam! Takie moje, takie niedoskonałe, takie bolące, takie ryjące banię, i takie do szpiku kości przejmująco piękne.

Chcesz też poczytać?
Kliknij tutaj, żeby zamówić tę książkę w moim słonecznym sklepie.

Previous Wolne Miasto Christiania - raj czy patologia?
Next Zawsze musi być po mojemu!
  • Już gdzieś kiedyś natknęłam się na tę książkę ale teraz mam milion innych planów jeśli chodzi o czytanie co nie zmienia faktu, że mam ją na liście. Samo czytanie o tym czego Cię nauczyła jest kształcące ;)

  • Świetny tekst! Najgorszego człowieka… od dawna chcę przeczytać, czuję, że ta książka jest naprawdę genialna! :)

  • Po tej rekomendacji przeczytam na pewno. Sama miewam kłopoty z kompulsami (potrafię sobie z nimi poradzić dość szybko i sprawnie, ale jednak) i wiem coś o zapychaniu niedoborów emocjonalnych czymkolwiek innym.

  • Podoba mi się tytuł tego tekstu. Zawsze powinniśmy podejmować się tego typu refleksji. Niezależnie od tego, co przynosi rzeczywistość: czego mnie to nauczyło?

    Książki jeszcze nie czytałam. Nie wiem w sumie czy po nią sięgnę, bo temat alkoholizmu nie jest mi po prostu bliski. Ale jesteś którąś z kolei osobą, która wypowiada się o tej ksiażce dobrze, więc może kiedyś… :)

  • Przekonałaś mnie! MUSZĘ przeczytać tą książkę! ;)

  • Często własnie ludzie rozumieją uzaleznienie od alkoholu tylko jako to, że koleś codziennie pije litr wódy i napierdala żonę kablem, a to nie o to chodzi. Choćbys codziennie wypijał kieliszek, tylko kieliszek, ale bez wypicia tego kieliszka nie mógł żyć- to już jest uzaleznienie.

  • Tak, ta lektura potrafi wstrząsnąć. W sumie dawno niczego nie czytało mi się tak jednym tchem. Poza tym autorka znalazła świetny sposób na opisywanie emocji, stawały się prawie namacalne.

  • Mocna książka, to prawda. Choć przeczytałam ją kilka miesięcy temu, wciąż chodzi mi po głowie, przemyślenia mam całkiem podobne do Twoich.

  • Dziękuję za tę recenzję i polecenie, bo jutro jadę właśnie do biblioteki i nie wiedziałam co by tu poczytać :) Książka już zamówiona, czeka na mnie! Brzmi jak coś, co fajnie układa pewne rzeczy w głowie.

  • Anka

    Czytałam, bez możliwości oderwania się (…kompulsywnie?….o czymś to świadczy?…), i tak, trzepnęła mną mocno. Ważna dla mnie książka.