Co jedliśmy w Berlinie?


Berlin oszałamia ilością i wyborem ulicznego jedzenia. Kuszącymi zapachami i kolorowymi, pomysłowymi wystrojami wnętrz i okolic. Jedzą tam wszyscy, od starych Helmutów, po nastolatki z kolorowymi dredami i w legginsach z dziurami na kolanach. A do tego jest to zupełnie niewymuszone – nikt się nie wozi tak jak u nas, że “oto niezwykła, alternatywna hipsterska knajpa, do której chodząc stajecie się lepszymi ludźmi i z automatu obrońcami zwierząt”. Jest przyjaźnie i zupełnie naturalnie i to dla mnie dodatkowa zachęta. Tak nas poniosło, że praktycznie wszystkie posiłki poza ostatnim śniadaniem jedliśmy na mieście :) Absolutnie WSZYSTKO, co trafiło do mego żołądka, było po prostu rewelacyjne. Napawałam się każdym kęsem. Czułam się rozpieszczona przez samą siebie od czubka głowy aż po końce palców u stóp i wyjeżdżając żałowałam bardzo, że jeszcze tylu knajpek nie udało się odwiedzić.

Oto, czego udało mi się skosztować, wraz z cenami, by pokazać, że to naprawdę nie była żadna drożyzna. A wielki świat – owszem.

Śniadanie w kawiarni:

  • Zestaw składający się z bułeczek, masła i na przykład sałatki jajecznej, sera i wędliny lub croissanta i marmolady, do tego ananas i brzoskwinie, a do picia kawka lub herbatka – 4,50 E. Sam pomysł jedzenia śniadania na mieście, w ulicznej kafejce, jest zupełnie wystrzelony w kosmos i tylko czekam na pierwszy bar śniadaniowy w Łodzi. Choć w naszej kulturze śniadanie nie wiedzieć czemu uchodzi za taki posiłek, którego nie trzeba jeść, a jak już, to kanapka z wczorajszym chlebem i szynką jedzona w biegu wystarczy. A przecież od śniadania w dużej mierze zależy nasz nastrój przez resztę dnia.

Obiad:

  • Solidnej wielkości talerz z kebabem lub falaflem, dużą surówką, ciekawymi sosami, pieczonymi warzywami, a to wszystko urokliwie zaaranżowane na talerzu, plus piwko – 7 E. To chyba podobna cena jak obiad z napojem w Sfinxie. A zaręczam, że doświadczenie zupełnie inne. W tureckich knajpach na Kreuzbergu jada pełno Turków, więc wiadomo, że nie jest to żadne udawanie ani pułapka na turystów, tylko ich autentyczne jedzenie.
  • Makaron chiński z warzywami i kurczakiem w pakorze, w łagodnym sosie orzechowo-kokosowym – 4,50 E. Niby mały kartonowy box, a ile radości, i do tego najadłam się jak bąk. Kartonowe boxy z chińszczyzną są bardzo popularne, a ta forma podania w niczym nie ustepuje znanemu nam doskonale styropianowemu opakowaniu na wynos;] przy czym jest bardziej ekologicznie i oczywiście, zamiast gołębia smażonego w starym oleju, mamy do czynienia z orgią smaków i przypraw:)

Kolacja:

  • Obłędna tortilla z jagniecą koftą, z tajemniczym jogurtowym sosem smakującym limonką – 3 E
  • Turecka chrupiąca pizza z suszonym pomidorami i mozarellą lub czymś do niej podobnym i pyszną pikantną oliwą – 2,50 E
  • Kanapka z halloumi (podsmażany serek) i warzywami – coś koło 2E

Przekąsek tego typu jest tam tak dużo, że aż trudno wybrać, osiołkowi w żłoby dano, chodziliśmy w kółko wokół tych straganów nie mogąc się zdecydować, dobrze, że nie padliśmy z głodu pośród jadła:]

Na deserek:

  • Croissant z marcepanem – ok. 90 centów. Taki jak w Lidlu tylko że… z marcepanem. Jest moc!! Sprzedają tam croissanty na każdej stacji metra. Tak, to prawda, jeśli jeszcze nie zauważyliście: moje superzdrowe nawyki żywieniowe zawiesiłam na kołku na czas tego pobytu:)
  • Wielka beza, bezbłędna i idealna, food porn, spełnienie marzeń wielbiącego łakocie dziecka, które siedzi w każdym z nas – ok. 1 E
  • Lody domowej roboty, o smakach od truskawkowo-ricottowego do bazyliowego – mnie przypadła do gustu biała czekolada – 1,20 E za kulkę (wielką).

Do picia:

  • Piwko – od 1,50 do ponad 5 E, zależy, gdzie i co. Kwestia jest taka, że ponieważ sprzedaż i spożywanie alkoholu nie są utrudnione przez różne koncesje ani zakazy, jest on dostępny wszędzie, od stoiska z rogalikami na dworcu przez budki z kebabem po restauracje, i wszędzie można się nim raczyć. Nawet uliczne kioski wystawiają sobie przed wejściem ławki ze stolikami, po to, by móc właśnie nabyty browarek skonsumować w tym przemiłym otoczeniu. Naprawdę – spacer z piwkiem ze świadomością, że nikomu to nie wadzi i nie popełniamy żadnego rażącego wykroczenia, wiąże się z zaskakująco wielkim poczuciem wolności i pewnej wdzięczności za to, że są takie miejsca, gdzie jest po prostu… normalnie. Co do marek, to niemieckie piwka są całkiem smaczne, brałam za każdym razem inne i nie było lipy. Popularne jest też Tyskie, niestety wiadomo jak smakuje, ale najwyraźniej dobrze się sprzedaje. Zawsze można wybrać niezawodny czeski Staropramen.
  • Napoje na bazie yerba mate – ok. 1,50 E. Club Mate święci tam triumfy, w wielu smakach, choć syrop glukozowo-fruktozowy jest obecny w składzie, więc nie jest to jakiś strasznie zdrowy napój. Jest też sporo innych butelkowanych napojów o nieodgadnionych smakach, wszystkie w podobnych cenach – zawsze jakaś alternatywa, gdyby komuś jakimś cudem odechciało się piwa. Na przykład mnie. Jest też oczywiście woda, choć nawet na dworcu najzwyklejsza potrafi kosztować 2E, więc lepiej zaopatrzyć się w Lidlu – 16 centów.

Zdjęć umyślnie nie ma. Zdjęcia jedzenia robione telefonem zawsze, ale to zawsze wyglądają jak hot dog kupowany na dworcu w Kutnie. A siebie, siedzącej i mizdrzącej się do swojego stygnącego aromatycznego dania, fotografując je pod każdym kątem lustrzanką zamiast je smakować, jakoś nie widzę. Może kiedy indziej. Następnym razem. Albo w ogóle jedźcie sami zobaczyć, jak wygląda żarcie w Berlinie. Ja wolę jeść. Pozdrawiam Was serdecznie:)

No Comment

Leave a reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *