Po czym poznać osobę przebudzoną duchowo?

W skrócie.

Jeśli jest naprawdę oświecona, to na dowód tego mówi cichym, mądrym głosem i rozmawiać chce wyłącznie o medytacji.

Nawet nie spojrzy na używki, bo to obniża wibracje.

Cieszenie się materią, ciałem, pieniędzmi – fe.

Przeklinanie też jest surowo wzbronione.

Do tego całkowity zakaz negatywnych emocji. Tylko czysta miłość, wdzięczność, pokój i wybaczenie całemu światu.

Całemu. Poza tymi jednostkami, które ośmielają się wsadzać nos w duchowość, czy szeroko pojęty rozwój wewnętrzny, ale nie emanują światłem, tylko o zgrozo, dymem z papierosa!

Wrzuciłam kiedyś na insta story zdjęcie kupnego jogurtu, słodzonego cukrem, kupionego w letni dzień. Był pyszny :) Dostałam pytanie: JAK TY MOŻESZ TO JEŚĆ, JEŚLI JESTEŚ TAKA ŚWIADOMA?

Mmm… Igiełka wbita i to celnie!

Na drodze samorozwoju porzucamy stare systemy i światopoglądy narzucone nam z zewnątrz, negujemy zasady, łamiemy reguły i próbujemy stworzyć coś nowego. I co tworzymy?

Dokładnie to samo. Dualizm. I to ukryty pod pozorami, że tym razem jest inaczej.

Przyjemnie jest piętnować to, co tak nas w świecie (i w sobie) razi, to nadaje sens naszemu istnieniu, sprawia że czujemy się ważniejsi, lepsi, niż w głębi serca o sobie myślimy.

Gorsze jest to uczucie, kiedy jesteś mega wkurwiony, ale dobrzy ludzie się nie wkurwiają, więc tłumisz tę złość, ale ona powraca, więc pogrążasz się we wstydzie, bo jesteś złym człowiekiem, co nie panuje nad sobą.

Poznajesz?

Co za różnica, jakie sobie podstawisz tam dekoracje, skoro nic się nie zmieniło? Dalej jesteś podłączony pod zbiorową świadomość, która nakazuje ci myśleć i zachowywać się w określony sposób albo zostać potępionym i skazanym na cierpienie. Sposób taki czy inny… co za różnica?

W dalszym ciągu angażujesz się w tę samą grę, oddajesz swoją moc narzuconej wizji, choćbyś miejscami czuł, że nie spełniasz wszystkich wymagań.

Dobrze to widać, kiedy się zakochasz. W obliczu nagości przed drugą osobą błyskawicznie wszystkie nasze cienie wychodzą na powierzchnię. Ktoś nas teraz zobaczy. I wyda się, że tak naprawdę to wcale sobie nie zasłużyliśmy na miłość. Że są dni, kiedy jesteśmy pełni mroku, bólu i niechęci do samego siebie. W dodatku wcale codzienne afirmacje na to nie pomagają, a joga kundalini tylko to wyciąga jeszcze bardziej na wierzch.

Skazani na lęk i niemoc. Próbujący dosięgnąć ideału. Walczący z własną ludzką naturą, kwalifikującą się jako “ta gorsza, ziemska, cielesna, brudna, ciemna i niedoskonała”. Czy naprawdę nie ma innego wyjścia?

Jest. :)

Kiedy przestajesz walczyć ze sobą, znika sztuczny podział na tę twoją część, która jest ok, i tę, która nie.

Teraz możesz przytulić swoje wszystkie cienie i strachy. Przywitać to, co dotyka cię dokładnie tam, gdzie nigdy nie chcesz patrzeć. To, co wyzwala w Tobie zranione dziecko, co budzi wewnętrzną niezgodę, lub głęboką tęsknotę za czymś, co wydaje się utracone.

Zgodzić się na swoją zwyczajność. Iluzja bycia bardziej świętym czy bardziej świadomym niż inni zamyka nasze serca na innych i tworzy poczucie oddzielenia, przestajemy się widzieć wzajemnie, tracimy autentyczność.

Odnaleźć wolność w byciu po prostu sobą – zwyczajnym, z głową w chmurach i czasem dziurą w skarpetce. Fajnym, ludzkim i ciepłym. Ze swoim pięknym potencjałem w pełnej krasie i swoimi trudnymi sprawami, który, wyobraź sobie, każdy z nas ma prawo mieć.

Nie walczysz i nie niszczysz już samego siebie w odwecie za to, co ci się w sobie nie podoba – ale za samego siebie bierzesz odpowiedzialność.

Za własne wybory (to nie życie cię do nich zmusiło). Za własne emocje (to nie ona je w tobie wywołała). Za własne programy i przekonania formujące twój świat, które może i kiedyś dostałeś w spadku, ale teraz ty wybierasz, co z nimi dalej zrobisz. I wcale nie musisz mieć tego rozwiązanego na już.

Za swoje trudne chwile, ale za te dobre też. To właśnie Tobie należą się gratulacje. Za to, co tylko Ty możesz stworzyć i zbudować, za efekt, jaki może wywrzeć twoje działanie, za moc kreacji i transformacji, którą w sobie masz i możesz dzięki niej robić wspaniałe rzeczy dla świata, dla bliskich i dla siebie.

I tu się dopiero zaczyna zabawa!

Bo oto okazuje się, że ja, taka jaka jestem właśnie dziś, jestem o wiele bardziej sprawcza i pełna mocy, niż ta wspaniała, pierdząca światłem ja z marzeń.

Że przyjęcie i przytulenie z serca tego, co JEST, cokolwiek by to nie było, podarowanie sobie bezwarunkowej akceptacji, pozwala nareszcie nawiązać kontakt z samą sobą, przestać sobie dowalać i nareszcie wyruszyć w podróż do tego miejsca, którego zawsze pragnęłam i które za moim pośrednictwem może zaistnieć.

Że jeśli potrafię zrobić przestrzeń na emocje swoje i Twoje, bez wypierania, obwiniania i poszukiwania drogi ucieczki, to powstaje też miejsce na bliskość i bezpieczeństwo, którego nie było tam, gdzie w każdej chwili wywiązać się mogła gra pt. “TO TWOJA WINA”.

Że w życiu, w którym dajesz sobie i światu miejsce na pomyłki i słabości, w którym jest miejsce na bałagan w domu, na kłócenie i godzenie się, w którym można mieć kaca albo brudne stopy i nikt nie mówi że odpadasz – da się dostrzec rozkoszny i pełen humoru luz, poczucie, że obecnej chwili niczego nie brakuje, że należy ona do nas, że możemy wziąć ją w całości, cieszyć się nią i tworzyć ją wciąż na nowo.

A z takim nastawieniem jesteśmy w stanie więcej odkryć, dalej dotrzeć.

W atmosferze radości, zabawy i ciekawości, w dziecięcej niewinności i nowości każdej chwili, jesteśmy o wiele bliżej Źródła. I bliżej ludzi. Spotyka nas więcej pomyślnych splotów wydarzeń, więcej okazji i możliwości, więcej cudów, zachwytów i wzruszeń.

W takiej energii o wiele łatwiej nam być dobrym dla siebie, a praktyki medytacyjne, zdrowe odżywianie czy dbanie o jasny, bystry umysł to przyjemność i wyraz troski o siebie, a nie wciśnięta sobie na siłę konieczność czy dyscyplina.

A kiedy przyjdzie taki moment, że poczujesz, że jednak dziś wolisz pizzę albo że przetańczenie nocy na transach będzie w tym momencie największym wyrazem miłości do siebie – ciesz się tym! To jest właśnie pełnia doświadczenia bycia człowiekiem.

Gdzieś w tej kochającej przestrzeni odkrywasz, że przecież to jest i zawsze była twoja prawdziwa natura. Tacy byliśmy, zanim uwierzyliśmy, że tacy być nie możemy, i takich siebie się zawstydziliśmy i wyparliśmy, skazując siebie na wieczną walkę.

Okazuje się, że wewnętrzna przemiana nie miała polegać na staniu się kim innym, niż jesteś.

Ona polegała na staniu się nareszcie tym, kim zawsze byłeś. :)

3 Comments

  1. Avatar
    Monika
    December 6, 2019
    Reply

    Swietny artykul, zgadzam sie zupelnie – najtrudniej na pełną akceptację samego siebie. A czemu by nie, tak naprawde bardzo siebie lubię, żyje zgodnie z własnym sumieniem i lubię jak zyje, jestem w najlepszej formie od lat, więc w wieku 43 lat moge w koncu powiedziec ze chyba właśnie osiągam ten stan :)
    Dzięki serdeczne Dotee, czasem trzeba małego przypomnienia o wiadomych i jasnych sprawach!

    • Avatar
      December 9, 2019
      Reply

      Hej Monika, dziękuję :) Tak właśnie zauważyłam po sobie, że te oczywistości gdzieś czasem się chowają i potem życie kopniakiem o nich przypomina.. wiele moich tekstów tak powstaje :)

  2. Avatar
    January 6, 2020
    Reply

    Nie bardzo zajarzyłem o co w tym poście chodzi. Czy to mowa o jakiejś religii czy tylko przenośnia.
    Kiedy mnie oświeciło? Kiedy zacząłem żyć swoim życiem, bez narzucanych schematów i sztucznych reguł. Aczkolwiek jestem człowiekiem, który przestrzega niektóre z tych najważniejszych.

Leave a reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *