“Bogowie” chwytają za serce


Nie przepadam za filmami biograficznymi. Nawet te najciekawsze są często przewidywalne i zbyt suche, by budzić prawdziwe emocje. W przypadku “Bogów” tknęło mnie jednak przeczucie, że ten film będzie – nomen omen – krwistym kąskiem. Poza tym lubię oglądać polskie filmy. W kinie.

To było po prostu niesamowite. Jak oni to zrobili? Przez cały film siedziałam jak na rozżarzonych węglach. Chowałam twarz w dłoniach, wzruszałam się, bałam się, kuliłam na fotelu i podskakiwałam z radości. Zostałam dosłownie wessana w ekran. Przeniosłam się do absurdalnej, wariackiej rzeczywistości PRL-u, gdzie nic nie wiadomo, nie wolno nic i jednocześnie wolno wszystko, gdzie powoli obracają się oporne tryby machiny urzędniczej, a kombinowanie i załatwianie jest podstawą, by cokolwiek zyskać. Poznałam charyzmatycznego, bardzo zamaszyście narysowanego głównego bohatera – dawno nie mieliśmy w polskim filmie tak dobrej postaci, i tak doskonale zagranej! – i od pierwszej sekundy kibicowałam mu z całego serca. Znów nomen omen.

Kardiologia i kardiochirurgia są dla przeciętnego człowieka owiane mgłą tajemnicy – taka trochę czarna magia. Zabawa w Boga. Każdy myśli tylko: obym nigdy nie musiał się dowiadywać, co to dokładnie jest. Niby wiemy, na czym polega robota kardiochirurga, ale wyobrażamy sobie to jakoś bardziej delikatnie; uświadomienie sobie w pełnej krasie, że to nic innego jak krew i flaki, codzienne nieustanne babranie się w mięsie i rozchlapującej krwi, przy dźwiękach piłowanych żeber, przy akompaniamencie elektrowstrząsów i ciągłej asyście śmierci – jest istnym testem dla nerwów. Do tego nie są to anonimowe flaki, chodzi o ludzi, z którymi sekundę temu rozmawialiśmy o operacji, o nasze dzieci, o naszych bliskich. To jak wywracanie żyjącego człowieka na lewą stronę i zaglądanie, co jest w środku. Naprawa tej organicznej maszyny jest obarczona ogromnym ryzykiem błędu i czynnikiem ludzkim, i nie przypomina ani scen ze szpitala z “Na dobre i na złe” ani tym bardziej mechanicznej precyzji urządzeń elektronicznych, którą lubimy sobie wyobrażać, by czuć się bezpieczniej. Jednocześnie jest w tym coś pięknego, coś głęboko przejmującego, dobro, delikatność, ogromna determinacja i ciężka walka. Jak dotknięcie bardzo przejmującego punktu w samym centrum ludzkiej duszy.

W całej tej naturalistycznie krwawej jatce, w tej batalii o ludzkie życie zupełnie przestałam myśleć o tym, że film jest biografią. Pochłonęła mnie historia tego niesamowitego, pełnego siły i słabości zarazem człowieka, jego oddanego zespołu, świata, w którym się znalazł i który musiał zmienić, naprawić, za wszelką cenę, kosztem nawet własnego szczęścia. Łzy wzruszenia stanęły mi w oczach, kiedy w finale ponownie dotarło do mnie, że oglądałam prawdziwą historię. Coś wspaniałego. Bez pompatyczności, bez posągowości, sto procent autentycznych emocji. Biegnijcie do kin, kto jeszcze nie widział, póki to grają.

No Comment

Leave a reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *