Berlin w 48 godzin – relacja


Co nas podkusiło, żeby tam pojechać? Nie wiem sama, pewnie dlatego, że jest blisko, akurat w sam raz na weekend. Nie miałam wobec niego nadmiernych oczekiwań. Starałam się niczego nie spodziewać. Powalił mnie.

Airbnb
Zamysł był taki, żeby wypróbować Couchsurfing. Pozakładaliśmy sobie piękne konta, okraszone zdjęciami i obszernym opisem naszych wybitnych osobowości. Wysłaliśmy chyba ze dwadzieścia zapytań do samych interesujących, dobrze zapowiadających się ludzi, z którymi mógłby nas łączyć wspólny język. I co? I nic. Dwie czy trzy osoby odpisały, że nie mogą, reszta – cisza. Na naszą podróż padł cień taniego hostelu z przeciekającym dachem lub drenażu kieszeni na coś lepszego.

Na szczęście znajomy polecił nam jakiś czas temu stronę Airbnb.com, wykorzystywaną na przykład do rezerwacji luksusowych apartamentów na całym świecie. Poza owymi luksusami można tam też znaleźć zupełnie normalne prywatne kwatery w zwyczajnych mieszkaniach. I w zwyczajnych cenach. Po krótkich poszukiwaniach nasz wybór padł na dwuosobowy pokój na Kreuzbergu, kosztujący… 17 euro za noc. Znajdźcie tańszą dwójkę w centrum Berlina :)
Jesteśmy pod wrażeniem tego portalu i naprawdę, jeśli myślicie, że nie warto tam zaglądać, bo i tak nie stać was na dwupoziomowy loft na najwyższym piętrze apartamentowca w LA, to zajrzyjcie tam jeszcze raz i po prostu ustawcie sobie niższe ceny. Na pewno znajdzie się jakaś lepsza alternatywa niż hostel, a oto dlaczego lepsza:

Naszymi gospodarzami było dwóch Francuzów po dwudziestce, którzy sami tę chatę od kogoś wynajmowali i podnajmując jeden pokój zarabiali sobie na czynsz. Nasz pokój był duży, łóżko wygodne, dostaliśmy ręczniki, czystą pościel i tak dalej. Lokalizacja była najlepsza z możliwych – w samym sercu najbardziej barwnej i artystycznej części Berlina. Pięciopiętrowy blok bez windy pozwolił wyobrazić sobie, jak wygląda życie młodej osoby w tym mieście.IMG_1697 A wygląda tak, że na przykład po co sobie łamać głowę jakimiś stylizacjami z Ikei, nie mówiąc o tandetnych meblach modułowych ze sklejki, skoro można tanim kosztem oryginalnie zaaranżować sobie mieszkanie za pomocą drewnianych desek zbitych po cztery tak, by tworzyły rodzaj półki bez frontu. Z których to desek składało się wszystko: szafy w pokojach, oprawa łóżka w pokoju gospodarza, biblioteczka, szafki w kuchni i łazience, biurka, stoliczki i siedziska. Farba na ściany, gładzie i inne duperele również okazały się zbędne. Całość wystroju tego mieszkania, mimo że bardzo zgrzebna i surowa, wyglądała po prostu ekstra. Idealnie oddawała atmosferę tego miasta. Polak by sobie mieszkania tak po prostu nie urządził.
IMG_1702IMG_1705Poznaliśmy też francuskich znajomych naszych gospodarzy, napiliśmy się z nimi piwka w piątkowy wieczór i mieliśmy okazję uciąć sobie podróżniczą pogawędkę. Po namyśle stwierdziłam, że to nawet lepsza opcja niż Couchsurfing, bo wymiana kulturowa następuje w obydwu przypadkach, a tu było dużo bardziej swobodnie – nikt nie oczekiwał od nas, że cały czas będziemy dotrzymywać mu towarzystwa, mieliśmy dużo prywatności i był po prostu luz.

Alexanderplatz
Po przyjechaniu i ogarnięciu się, nasze kroki skierowaliśmy od razu do metra w celu obejrzenia centrum centrum. Bo tutaj, jak w wielu metropoliach, jest tak, że miejsc, które można by określić jako centrum, jest cała masa, praktycznie na co drugim przystanku metra jest jakieś mini-centrum, a Berlin jeszcze do tego jest rozdwojony przez swój wieloletni podział na część wschodnią i zachodnią. Plac Aleksandra należał do części wschodniej i trochę to nadal widać – taki betonowy monumentalizm. Wychodzisz z metra i myślisz: “Deutschland, kurwa”.
IMG_1638Jest tu Primark, prawie trzeba było mnie związać, bym tam nie weszła, ale udało się powściągnąć pokusę :) I “parę” innych sklepów, knajpek i innych wynalazków. Oczywiście chce to wszystko obejrzeć cała masa turystów naraz. Poczuliśmy się jednymi z nich i ruszyliśmy do jednej z najbardziej obleganych turystycznych atrakcji.

Wieża TV
Wjazd 13 euro, a mimo to gwarantowana jest półgodzinna kolejka i jeszcze po zakupie biletu prawie godzina czekania. Mieliśmy dużo czasu, by obejrzeć sobie dokładnie okolicę, zanim nas wpuścili. Berlin jest cały rozkopany, co wyglądało bardzo swojsko i znajomo. Budują nową linię metra.
IMG_1603
IMG_1608
IMG_1601Podróż na liczącą sobie ok 200 metrów wieżę trwa 40 sekund. I bardzo dobrze, bo dłużej w tej zatłoczonej windzie bym nie wytrzymała. Już po chwili oczom naszym ukazała się 360-stopniowa panorama Berlina. Przeszliśmy się dookoła, obejrzeliśmy. Warto było wydać 13 euro? Pewnie tak, bo inaczej wyobrażalibyśmy sobie, że jest tam jakieś nie wiadomo co. Widoki faktycznie, ładne. Z każdej strony miasto aż po horyzont. Akurat pogoda średnio dopisała, w słoneczny dzień byłoby pewnie dużo lepiej.
IMG_1640IMG_1641W obiekcie była jeszcze druga część, restauracja. Ale żeby tam wejść, to już trzeba było wykupić bilet premium, droższy zdaje się o 5 euro. Dodatkowa opłata za możliwość… zamówienia sobie obiadu w restauracji? Bo lepszych widoków to tam zdaje się nie mieli. Pewnie to opłata za świadomość ultralansu w strefie VIP.
IMG_1643Skoro byliśmy już w pobliżu, weszliśmy jeszcze do hotelu Radisson Blu obejrzeć sobie z zewnątrz Aquadom, czyli ogromne akwarium, po którym jeździła w górę i w dół nabita turystami winda. Wejdziemy tam, jak będziemy mieli dzieciaki. Na razie trochę nam było szkoda kasy, bo atrakcja ta kosztuje nie 6 euro, jak znalazłam gdzieś w internetach przed wyjazdem, tylko 18. Z zewnątrz też było widać parę rybek, hotel przepiękny, bogaty, ciekawe, jakby tak to wszystko pierdyknęło, ile pięter by ta woda dała radę zatopić.IMG_1646-2

Plac Poczdamski
W dalszej części naszej wycieczki objazdowej wysiedliśmy na przystanku Potsdamer Platz, czyli jeszcze innym rejonie centrum. Tam od razu było widać, że jest bardziej na bogato. Szkło i stal, biurowce i apartamentowce. Knajpy też bardziej ąę, chociaż nie przeszkodziło nam to w odwiedzeniu jednej z nich i uraczeniu się wybornym niemieckim piwkiem. IMG_1660-3Co ciekawe w okolicy parkowały same czarne limuzyny, w większości mercedesy, kierowane przez azjatyckich szoferów. W środku, za przyciemnianymi szybami, siedzieli ludzie biznesu w średnim wieku. Zastanawialiśmy się, czy ci szoferzy posiadają też zabójcze długopisy z trucizną i w walce posługują się nunchaku. Wolałam im nie robić zdjęć w obawie, by się o tym nie przekonać.IMG_1668
IMG_1670Kopuła Sony Center, czyli wielkie i spektakularne centrum biurowo-handlowe. Dzięki dachowi powstało takie jakby patio. Wszędzie tradycyjnie pełno knajp i ludzi korzystających z uroków wielkiego miasta. Wszystko jest na wypasie, zrobione z rozmachem. Ponoć dobrze wygląda wieczorem. Muszę tu kiedyś przyjechać na zakupy. Jak będę miała ochotę na zakupy. Bo nie pamiętam już, kiedy ostatnio byłam i jakoś nie ubolewam.

Z Placu Poczdamskiego było już stosunkowo niedaleko do Bramy Brandenburskiej, którą jeszcze resztkami sił daliśmy radę odnaleźć i zrobiłam Wojnie najlepsze zdjęcie na tle w życiu:) IMG_1681Brama otoczona turystami i ogólnie nic takiego oszałamiającego. Zaraz obok czekały kolejne atrakcje, na przykład Bundestag, ale jakbyście chodzili od sześciu godzin, to też już byście nie mieli pary na dalszą wędrówkę. Cóż. Pozostanie więcej na przyszły raz :)

East Side Gallery
To zachowany spory kawałek Muru Berlińskiego, pokryty specyficznym graffiti. Nie ma tu tak zwanych wrzutów, przedstawiających czyjś powykręcany podpis we wszystkich kolorach tęczy. Sztuka przedstawiona na tych malowidłach jest niepokojąca i wymowna. Kiedy szłam wzdłuż tego poniekąd muzeum, omijając robiących sobie na tle obrazów zdjęcia Japończyków, dotarło do mnie, jakim dramatem musiało być rozdarcie miasta na dwie części dla jego mieszkańców, zmuszonych wybierać, często odciętych od swoich bliskich. Złowrogi absurd całej tej sytuacji został przedstawiony dość obrazowo, a mnie aż trudno było wybrać, co fotografować. Dziwię się gustom turystów na całym świecie, bo o ile sobie przypominam z internetu, ta atrakcja nie cieszyła się ich największą sympatią, woleli gigantyczne akwarium i kopułę Sony, która choć fajna, nijak ma się do tego zastygniętego kawałka mrocznej historii. Dla mnie jedno z najważniejszych miejsc odwiedzonych podczas tej wycieczki.
IMG_1717IMG_1719IMG_1720IMG_1722IMG_1723IMG_1724

Tempelhofer Park
Niby nazywa się, że jest to park, ale tak naprawdę to… pas startowy. Ktoś wpadł na pomysł, żeby stare lotnisko Tempelhof otworzyć dla mieszkańców i ludzie z chęcią to podłapali. Ponoć chcieli nawet likwidować ten park, stawiać tam coś innego, ale Berlińczycy się oburzyli – i bardzo dobrze, bo teren jest świetny. Bez roweru trudno zwiedzić cały. Nawet nie widać, co jest na drugim końcu. Można udać się na naprawdę porządny spacer, mając wrażenie, że cały czas idziemy w miejscu i drogi nie ubywa. Lub położyć się na środku łąki na kocyku i napić wszędobylskiego, dostępnego w każdym kiosku Club Mate. Bardzo fajnie jest. Szczególnie, jak się chce odpocząć po chodzeniu przez cały dzień i pół następnego:)
IMG_1758IMG_1741-2

Kreuzberg
Sporą część pierwszego wieczoru i drugiego popołudnia spędziliśmy po prostu snując się uliczkami dzielnicy, w której mieliśmy przyjemność mieszkać. Dla mnie to jest prawdziwe zwiedzanie miasta. Nie zaliczanie jednej atrakcji turystycznej po drugiej. Istotą poznania jakiegoś miejsca jest zobaczenie go, jakim jest naprawdę, nie jakim chcą ci go sprzedać. Byłabym wielką ściemniarą, gdybym napisała, że wszystko w tym mieście jest cukierkowe, słitaśne i wow. Daleko mu do sterylności. Ludzie jadą za granicę po malownicze obrazki, po coś, czego nie mają na własnym podwórku. Nie każdy oczekuje syfu, naćpanych artystów, podartych rajstop i graffiti na każdym dostępnym kawałku ściany. A ja pomyślałam, że to miasto jest prawdziwe i szczere. Jest takie wypruwające flaki. I obudziło moją miłość od pierwszego wejrzenia. IMG_1581IMG_1770IMG_1793IMG_1737IMG_1711

Niedługo dodam jeszcze jeden wpis o Berlinie, zachęcam też do lektury poprzedniego, jeśli ktoś przegapił.
Wyjeżdżając, obiecałam temu miastu, że jeszcze się zobaczymy :)

No Comment

Leave a reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *