Ale zanim pójdę… czyli 3 sygnały, że pora się rozstać


Kryzys zdarza się w każdym związku. Nie ma takich par, które żyją ze sobą całe życie długo i szczęśliwie i nigdy nawet nie przyjdzie im do głowy, żeby się rozstać. Kryzysy jednak mijają, nawet, jeśli są intensywne. Z tym, że niektóre nie mijają… tylko ciągną cię na samo dno piekła. Po czym poznać, że w twoim związku dzieje się naprawdę, ale to naprawdę źle i możliwe, że pora zarządzić ewakuację?

Przemoc

To słowo od razu kojarzy nam się z ogólnie znanym schematem, że facet pierze babę po pysku, bo zupa była za słona, ale w naszym nowoczesnym świecie może to wyglądać różnie, na przykład:

  • Baba pierze faceta po pysku (społecznie akceptowane, no bo co taka baba mu ostatecznie zrobi)
  • Facet i baba piorą się nawzajem (i są kwita, czyli niby nic się nie dzieje)
  • Nikt nikogo nie pierze, ale ktoś nad kimś pastwi się psychicznie.
  •  
    I to ostatnie jest chyba najgorszą opcją, bo może być tak, że padasz ofiarą przemocy i nawet o tym nie wiesz. Może to być otwarta agresja słowna, pogróżki i wyzwiska, ale równie dobrze mogą to też być subtelne złośliwości sączone pomału i konsekwentnie miłym i uprzejmym tonem przez wiele lat, aż z twojego poczucia własnej wartości zostają strzępy.

    Niewykluczone, że odwdzięczasz się tym samym. Nie każdy sobie pozwoli tak gadać. Masz wtedy poczucie, że to ty jesteś agresorem i że odpowiadasz za całe zło w tym związku. Żyjesz w rosnącym przeświadczeniu, że jest z tobą coś poważnie nie tak, bo przecież inaczej byś tak nie mówiła, inaczej on by tak nie mówił.

    Okazywanie drugiej osobie braku szacunku zawsze źle się kończy i jest jak miecz obosieczny. Oboje na tym przegrywacie.

    Koniec końców cała energia w związku idzie na walkę i destrukcję. Nawet, jeśli na końcu za każdym razem padacie sobie w ramiona i z płaczem się przepraszacie – to nie zmieni faktu, że przy następnym konflikcie sytuacja się powtórzy. Nawet nieważne, czyja to wina. Ta relacja po prostu nie działa, a bycie w niej przez dłuższy czas jest niebezpieczne dla was obojga.

    Co nie jest przemocą?

    Nie każda kłótnia jest związana z przemocą. Jeśli dwie osoby są blisko ze sobą, to będą się ranić, nawet jeśli tego nie chcą. Znasz jego słabe punkty i wiesz, gdzie wsadzić szpilę, a więc kiedy w gniewie walczycie, pewnie z tego skorzystasz. W długim związku niejedno można wybaczyć. Pamiętajcie o wzajemnym szacunku, o tym, że jak raz przekroczycie pewną granicę, to trudno będzie zawrócić.

    Żaden związek nie zaczyna się też od aktów agresji na dzień dobry. Bądź czujna.

    Kiedy zbyt często powtarza się sytuacja, że “jedno płacze, a drugie po nim skacze”, to powinno ci się zapalić w głowie żółte światełko. Kiedy choć raz złapiesz się na obwinianiu siebie o to, że on był wobec ciebie niemiły, lub na tym, że czegoś nie robisz lub nie mówisz, bo boisz się jego reakcji, i że nie czujesz się bezpiecznie, to światełko powinno zapalić się czerwone i zacząć alarmująco migać.

    Nałogi

    Jasne, wszyscy imprezujemy. Problem pojawia się, kiedy jedno z was – lub oboje – zamiast imprezować, po prostu chla. Albo ćpa, w końcu różne są historie. Objawia się to tym, że problematyczna używka zaczyna zajmować pierwsze miejsce na liście priorytetów.

    Czy któraś z tych sytuacji brzmi znajomo?

  • Nie wyobrażacie sobie weekendu bez imprezy.
  • Kiedy idziecie na randkę, to kończy się to tak, że się upijacie.
  • Jesteście bez kasy, ale na alko się znajdzie.
  • Pijaństwo wyskakuje czasem spontanicznie, na przykład on spotkał kumpla po drodze z pracy i się upili.
  • Któreś z was poszło na jedno piwko i wróciło nawalone jak szpadel.
  • Któreś z was ma zasadę w stylu, że alkoholu i pacierza nie odmawia.
  • Któreś z was miewa na drugi dzień po imprezie potężne wyrzuty sumienia, a nawet lęki i paranoje.
  • Zdarzyło się któremuś przez imprezę zaniedbać obowiązki – np. odwołać ważne spotkanie, nie zrobić czegoś, co się obiecało.
  • Kiedy nie ma co robić, to siedzicie w domu i pijecie, aż się nie upijecie – albo jedno z was się upije.
  • Zawsze znajdzie się czas na melanż, nawet jeśli następnego dnia trzeba iść do pracy.
  • Zdarza się wam imprezować przez kilka dni pod rząd, od rana do wieczora.
  • (Zamiast alkoholu wstaw sobie co chcesz.)

    Nie ma nic strasznego w upiciu się, a wielu z nas przechodzi okres radosnego imprezowania trwający nawet kilka lat (wiem coś o tym). Jednak kiedy jesteście już po trzydziestce, a wariacki lajfstajl się utrzymuje i zdaje się nasilać w porównaniu z poprzednimi latami, to coś może być nie tak.

    Jeśli porównujesz wasz związek ze znajomymi i wychodzi ci, że wszyscy piją równie dużo, to weź pod uwagę, że to może wy macie takich znajomych, a nie, że wszyscy ludzie na świecie tyle piją.

    Czasem problem jest ewidentny – facet jest codziennie najebany. Ty jesteś osobą, która jedzie po niego na drugi koniec miasta, odwozi do domu jego zwłoki i sprząta rzygi. Nigdy nie możesz się do niego dodzwonić, ale zawsze jesteś przy nim, kiedy on cię potrzebuje. Nie tłumacz sobie, że on się zapije bez ciebie i że jesteś mu potrzebna. Myśląc w ten sposób tylko wspierasz jego nałóg.

    Przykro mi to pisać, ale lepiej będzie, jak zajmiesz się sobą i własnym życiem. Pomyśl, że wyświadczasz mu przysługę. Jeśli nie odejdziesz, to będziecie ciągnąć się wzajemnie w dół, a tam w dole nie ma nic ciekawego.

    Co nie jest nałogiem?

    Dość łatwo jest wyczuć, co jest pierwsze na waszej liście priorytetów i jeśli alkohol nie jest na nim zbyt wysoko, to jesteście bezpieczni. Tak ogólnie to jeśli butelka piwa może przez dwa tygodnie leżeć w lodówce i nikt jej nie wypije, to później nawet jeśli dokupicie kolejnych siedem i urządzicie sobie imprezę, to nie nazwałabym tego nałogiem. Przewartościuj sobie.

    Jakieś hasła w stylu “party hard, die young” są dobre naprawdę tylko kiedy jesteś young, później to już tylko takie udawanie, że wszystko jest w porządku, kiedy nie jest.

    Obojętność

    Pierwszym znakiem jest to, że nie chcecie już ze sobą rozmawiać. Masz w dupie, gdzie i z kim on spędza czas, nie chce wam się już nawet ze sobą kłócić, po prostu kładziecie na siebie lachę.

    Dziwisz się, co w nim widziałaś, bo teraz nie widzisz już nic szczególnego. Nie macie o czym gadać, w ogóle nie wiecie co u siebie słychać. Straciliście się z oczu. Właściwie to nawet by cię nie zabolało, gdyby znalazł sobie kogoś innego.

    Możesz się tak zawiesić w związku pozbawionym miłości i spędzić w nim kolejnych dziesięć lat, żyjąc jak współlokatorzy, a później nagle się rozstać bez żadnej przyczyny. Będziesz sobie tylko zadawać pytanie, gdzie się podziały te lata i jakim cudem to tyle trwało. I dlaczego wszyscy wokół mają już rodziny, a ty zostałaś na lodzie.

    Zapytaj siebie, czy to jeszcze ma sens, czy jeszcze możesz wykrzesać z siebie choć trochę entuzjazmu na jego widok, bo może jest taka szansa. Nie musisz mieć cały czas motylków w brzuchu jak na początku. Czujesz do niego jakąś sympatię w ogóle? Pogadaj z nim, a ściślej mówiąc wywal mu kawę na ławę prosto z mostu nieowiniętego w bawełnę. Bądź tą, która przełamie tę ciszę, która jest między wami. Mów tak, żeby do niego dotarło. Co masz do stracenia?

    Utrata zainteresowania może być jednostronna. Albo pozorna. Tak czy inaczej pora to sobie wyjaśnić. To, że ludzie nie gadają ze sobą i tak żyją obok siebie, z osobnymi życiami, na dłuższą metę musi zaowocować jakąś katastrofą. Natura nie znosi próżni.

    Czasem taka historia potrafi się odkręcić, może wasz związek dostanie drugie życie, w końcu coś kiedyś was połączyło. W najgorszym razie rozstaniecie się w miarę bezboleśnie; to i tak lepsze, niż gdybyście mieli zacząć się zdradzać i oszukiwać, a później rozstawać zranieni, w nienawiści i żalu.

    A czasem drogi się rozchodzą. I trzeba wiedzieć, kiedy powiedzieć sobie cześć.

    Nie rób dramatu, jeśli taka obojętność trwa od trzech dni, bo się akurat obraziliście na siebie. Mówię o czymś, co trwa od roku i nie zanosi się na poprawę sytuacji. Często tak bywa w przechodzonych związkach, czyli takich, które ciągną się już kilka lat i para wciąż nie mieszka razem. Jak dobrze pójdzie, to do emerytury będą się tak spotykać.

    Czy muszę odchodzić?

    Nie musisz – zawsze możesz zrujnować sobie życie, a co tam. W końcu masz tylko jedno. Zniszcz je sobie albo pozwól, żeby przeciekło ci przez palce, yeah!

    Tak na poważnie, zawsze możecie dać sobie drugą szansę, nawet dziesiątą. Możecie ze sobą rozmawiać, pracować nad sobą, dostrzec błędy i wybaczyć je sobie, może nawet zapisać się na terapię, i faktycznie może to dać efekty. Ale jeśli jest obecny jeden z trzech problemów, o których napisałam, to twoje stanowisko powinno być proste:

    Albo się to zmieni, albo ja odchodzę. Nie zgadzam się na to.

    Dlatego że to nie są jakieś tam przejściowe problemiki, takie tam drobne niedogodności, ups, mała awaria. To się może naprawdę smutno skończyć. Jeśli nic się nie zmieni to lepiej będzie jak odejdziesz, nawet, jeśli masz przejść po drodze przez piekło, to zobaczysz, że tam na końcu będzie czekał happy end.

    A co z pozostałymi powodami kryzysów?

    Zdrada, utrata zaufania, niedopasowanie w łóżku, załamania nerwowe, kłopoty finansowe…

    Słuchaj, jeśli mimo wszystko masz wrażenie, że to jest twój człowiek, nawet jeśli cię zawiódł, wytarł tobą podłogę a ty nim, to wciąż możecie przejść przez to. Powiem więcej – jeśli patrzycie w tym samym kierunku i jesteście zdeterminowani, żeby ratować “was”, to przejdziecie przez to.

    Jestem za ratowaniem związku, tak długo, jak ten związek działa na waszą korzyść i jak długo oboje jesteście gotowi walczyć o siebie nawzajem. (Upewnij się tylko, że oboje.) To, co jesteś w stanie znieść i wybaczyć, a czego nie jesteś, to tylko Ty sama wiesz. Każdy ma tutaj inne granice i trudno o jakąś prawdę objawioną. Ważne, by decyzja pochodziła od ciebie, z twojego serca, a nie stąd, że ktoś tak powiedział albo że tak powinno się robić. Tu chodzi o ciebie, twoje życie i twoje szczęście.

    Kiedy masz 20 lat i na koncie same kilkumiesięczne związki, to w głowie się nie mieści, że można wybaczyć taki na przykład skok w bok. I oczywiście po takich kilku miesiącach umawiania się nie powinno się go wybaczać, bo to jakaś kpina. A jednak, kiedy jesteś z kimś od załóżmy dziesięciu lat, macie dzieci, wspólny majątek, wspólne plany, a przy tym znacie się jak dwa łyse konie i zbudowaliście wspólnie coś wyjątkowego, to naprawdę sytuacja się komplikuje i już nic nie jest takie czarno-białe jak na początku. Może się okazać, że korzystniej będzie powalczyć o związek, niż rozplątywać te dwa życia, które przecież wcale nie chcą być rozplątane.

    Ale jeśli para ciągnie się nawzajem w dół, w mrok i destrukcję, lub jest sobą ewidentnie niezainteresowana, to powinien być to wyraźny sygnał, że być może nie ma już czego ratować i niezależnie od kosztów lepiej będzie pójść każde w swoją stronę.

    A jakie są Wasze doświadczenia?

    Previous 7 najszybszych korzyści z praktyki jogi
    Next Tygodnik: kilka zimowych zdjęć