A co, jeśli nie możesz wszystkiego?


Sonny Li

Czytujesz blogi i poradniki rozwojowe? Wiesz już wszystko na temat sprawnego planowania i organizacji czasu? Wiesz, że możesz zmienić swoje życie, jeśli wykorzystasz potęgę podświadomości? W takim razie twoje życie powinno być jednym wielkim pasmem sukcesów i radości.

Nie jest tak? Ups… To pewnie dlatego, że jesteś jednym wielkim nieudacznikiem i śmierdzącym leniem! Nie takim człowiekiem sukcesu, jak ten tutaj pan coach, który w rok zwiększył swoje dochody o milion procent i nawet dostał order z ziemniaka. Weź się lepiej do roboty, zamiast gnić przy kompie i gapić się w ten ekran jak cielę na malowane wrota. Uwolnij swoje szczęście! Weź los w swoje ręce!

Czy tylko na mnie te przemowy motywacyjne działają demotywująco?

Czy tylko mnie się coś zdaje, że to jest tylko jeszcze jeden sposób na to, żeby zmusić szczury do jeszcze szybszego biegu i sprawniejszego pokonywania przeszkód? Chomiki coraz szybciej zasuwają w kołowrotkach, tylko spójrzcie na ich sukces, wygenerowały tymi kołowrotkami zapas prądu na cały miesiąc!

No i projektujemy te swoje życia, osiągamy nowe cele, ani na chwilę nie przestajemy, bo wtedy byśmy wyszli na frajerów. Jesteśmy dzięki temu tacy szczęśliwi i odrodzeni, że wow! Bo nam w końcu ktoś litościwie powiedział, że możemy wszystko, a nie w kółko, że życie jest długie, szare i do dupy.

A ja nie mogę wszystkiego, wiecie?

To znaczy mogę oczywiście robić wszystko, co mi się podoba. Mogę rozwijać swoje pasje, mogę żyć sobie tak, jak mi się podoba, a nie jak ktoś mi narzuca. Mogę chodzić po zakupy w klapkach w grudniu, farbować włosy na wszystkie kolory tęczy, robić zdjęcia stopami, przez cały miesiąc dodawać na instagram wyłącznie podobiznę swojego oka, mogę mieć pracę jaką lubię, jeździć po świecie albo nie jeździć, wziąć kredyt lub nie brać, ogólnie mam wolny wybór.

Tego w żadnym razie nie neguję, bo musiałabym chyba oszaleć. To, że ma się w życiu wolny wybór i pewien potencjał, powinno być oczywistością przekazywaną dzieciom od maleńkości, a nie jakąś wielką tajemnicą szczęścia, zdradzaną nam w sekrecie przez wszechwiedzącego guru. Oczywiście jeśli ktoś tego nie wie, no to warto się dowiedzieć.

Ale jest drobna różnica między “mogę wszystko” a “mogę robić, co chcę”.

Im jestem starsza, tym wyraźniej widzę, że ostateczny kształt naszego życia to coś więcej niż “jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz”. Gdyby to było takie proste, to nie potrzebowalibyśmy tych wszystkich specjalistów od życia, od których tak się teraz roi.

Możemy być dobrymi graczami, ale to życie rozdaje karty.

Prędzej czy później dotyka nas bezradność.

I bezsilność.

Okazuje się, że na dobrą sprawę, najważniejszych rzeczy nie można zaplanować.

Przed najważniejszymi życiowymi zwrotami akcji nie da się uchronić.

Nie wiesz, czy i jak długo będziesz zdrowy, bo żaden zdrowy styl życia nie daje ci na to stuprocentowej gwarancji.

Nie wiesz, czy i kiedy poznasz człowieka, z którym zapragniesz iść przez życie. Nie wiesz, jak ułoży się wasza wspólna przyszłość i czy wszystkiego, co zbudujecie, nie trzeba będzie kiedyś zburzyć i zniszczyć, dla dobra was obojga.

Nie wiesz, czy uda ci się mieć dzieci, może bez problemu troje, a może będziesz tracić jedną ciążę za drugą i żaden lekarz nie będzie wiedział, dlaczego tak jest. Nie masz gwarancji, że akurat twoje dzieci będą zdrowe i że dożyją dorosłości. One też nie mają gwarancji, że ich rodzice dożyją starości.

Nie wiesz, ile czasu zostało tobie i twoim bliskim. Zdarza się, że życie pęka jak mydlana bańka. Jednego dnia siedzisz i pijesz z kimś wino, planując wspólny wyjazd, drugiego dnia ten ktoś nie żyje.

Nie wiesz, czy nie nastąpi na świecie jakaś katastrofa ekonomiczna, w wyniku której nagle stracisz robotę i dach nad głową. Nie wiesz, czy twój życiowy spokój przetrwa choćby jeszcze jeden rok, zanim wszystko niespodziewanie się zawali.

Zobacz, że to są same kluczowe dla życia sprawy. Na tym tle pełna sukcesów kariera zawodowa i posiadanie pasjonującego hobby wypadają… blado.

Jasne, mnie też moje hobby napędzają pozytywnie i dają wiele radości, ale powiem Wam, że jak przychodzi trzęsienie ziemi, to się nie ma ochoty na żadne hobby, nawet najmniejsze.

Są takie momenty, że myślisz, że możesz wszystko, ale są też takie, że nie możesz nic.

To lekcja pokory, której brakuje niejednemu profesjonalnemu projektantowi życia.

To lekcja potęgi życia, nad którym wydaje się nam, że panujemy.

Lekcja naszej słabości.

Każdy taką w końcu dostaje.

I wiesz, co jest w tym wszystkim najważniejsze?

Że to nie jest nic złego.

Nie ma nic złego w tym, że już nie masz siły walczyć i chcesz po prostu siąść i płakać.

Nie jesteś gorszym człowiekiem dlatego, że dokonałeś przed laty błędnego wyboru i okazało się, że twój związek albo praca to trująca pułapka i ślepa uliczka.

Nie jesteś mniej wartościowy przez to, że jako jedyny spośród wszystkich znajomych nie biegasz, nie awansujesz, nie jesteś przebojowy, nie zwiedziłeś wszystkich europejskich stolic i nie zmieniłeś całkowicie swojego życia.

To, że dotknęło Cię nieszczęście, nie znaczy, że nie jesteś tak dobry jak twoi niedoścignieni idole, co zawsze od życia dostają same piątki i lśnią nieskazitelnym hollywoodzkim uśmiechem.

(Myślisz swoją drogą, że tacy perfekcyjni ludzie naprawdę istnieją?)

Jest OK, że czujesz lęk, że masz czasem wrażenie, że ci nie idzie, że chcesz zawrócić. Jest OK, że przez jakiś czas nic zupełnie nie robisz, bo nie masz do tego głowy.

Nawet to, że odkrywasz, jakie wszystko tak naprawdę jest kruche i na jak wiele rzeczy nie masz wpływu, jest OK.

Wcale nie musisz móc wszystkiego, żeby być szczęśliwym człowiekiem.

Szczęście jest w środku i ma wiele wspólnego ze zgodą na to, co się dzieje na zewnątrz, cokolwiek by to było.

A życie, nawet takie dalekie od ideału, jest piękne, choćby dlatego, że w ogóle jest.

Ze swoim bogactwem doświadczeń, z nauką, jaka z niego płynie, z tymi huśtawkami, skokami w przepaść, fontannami łez radości i rozpaczy. Z marzeniami, porażkami i ze wszystkimi niewykorzystanymi szansami.

Karta jeszcze się obróci na naszą korzyść.

Po prostu trzeba wypocząć, być dla siebie dobrym, odzyskać siły, wyciągnąć wnioski. A później wstać.

I grać dalej.

Previous Miesięcznik #10: Witaj, listopadzie!
Next Mój dzień w rytmie slow life
  • Bardzo pięknie to wszytsko ujęłaś. W dzisiejszych czasach kładzie się duży nacisk na zostanie mistrzem planowania – ale będąc z każdej strony atakowana motywacyjnymi tekstami, mam po prostu ochotę uciekać. Zdecydowanie za dużo tego wszytskiego jest. Poza tym jesteśmy ludźmi, a nie robotami, a nasze życie to nie radosna kreskówka dla dzieci. Na wiele rzeczy w rzeczy samej mamy wpływ, ale nikt z nas nie jest jasnowidzem. I mamy prawo do łez – wbrew pozorom, nie zawsze są oznaką słabości.

  • Dominika Wrońska || Trickymind

    Hej, poruszyłaś ważną kwestię dotyczącą szczęścia – wcale nie musisz móc wszystkiego, żeby być szczęśliwym (dodałabym i wartościowym) człowiekiem. To prawda, ale myślę, że teraz panuje trend na bycie niezniszczalnym siłaczem, który ma o każdej porze dnia i nocy przyklejony uśmiech do twarzy. Nie lubimy przyznawać się do słabości, błędów a tym bardziej niewłaściwych wyborów. Myślę, że taka szczerość wobec siebie i innych wymaga dużej odwagi.

    Ja tych przemów motywacyjnych nie odbieram aż tak negatywnie bo uważam, że każdy z nas w danym momencie potrzebuje czegoś innego. Ty potrzebujesz czasu na refleksję i lepszy wgląd w siebie a ktoś inny kto ma milion pomysłów na minutę i nie potrafi ich wcielić w życie potrzebuje, kogoś kto “popchnie” go do przodu i tym samym zachęci do działania. Jasne, że sprzedawanie wizji wiecznie szczęśliwego życia to utopia albo nawet oszustwo, bo nie ma możliwości, żeby nigdy nie przydarzyło nam się nic przykrego i że będziemy w stanie przełknąć wszystko co przygotowało dla nas życie, ale osobiście wolę szukać pozytywnych aspektów każdej sytuacji, skupiać się na tym co mogę a nie na tym czego nie mogę i iść cały czas do przodu. Pozdrawiam!

    • Do mnie też trafia wiele motywacyjnych tekstów, bywają bardzo praktyczne, tyle że faktycznie czasem trzeba je jeszcze przefiltrować przez swoje potrzeby i aktualną sytuację. Dzięki Ci za komentarz, sama lubię szukać pozytywnych aspektów, ale lubię też czasem przyjrzeć się tym negatywnym. Pozdrawiam :)

  • Marta Odetta

    No i tak powinno być.Nie musimy być zaplanowani i perfekcyjni.Życie jest dane każdemu z nas i każdy je może spożytkować na własny sposób.Róbmy i myślmy pod siebie i dla siebie.A gra toczy się dalej.Jednego dnia szczęście innego porażka.Raz uśmiech raz łzy.;);)

    • Dokładnie tak samo uważam:)

  • Też nie mogę znieść takich motywacyjnych przemówień, a jednocześnie, żeby nie skłamać, lubię wierzyć w to, że możemy osiągnąć wszystko. Pewnie, są sprawy na które nie mamy wpływu i są to właśnie te kwestie o których napisałaś. A jednak na wiele innych czynników mamy wpływ i faktycznie jestem trochę leniem;) Od Twojego tekstu o pokochaniu chandry jestem całkiem świadoma swoich łez. Są potrzebne. Pewnie, że każdy ma czasem gorszy dzień, taki w którym nie wyjdzie nawet ten przepis, który jest Twoim specjałem. Ale przecież to nie powód, żeby zapaść się pod ziemię i przestać marzyć. Ja lubię się obudzić kolejnego dnia z nową energią i zapałem. Choć rozumiem, że tekst pisałaś trochę przez pryzmat choroby, a to z pewnością najtrudniejsza część życia. Przesyłam uściski!

    • Zawsze można kontynuować spełnianie marzeń i jednocześnie być świadomym tego, że nie zawsze da się je zrealizować do końca, a czasem trzeba dłużej poczekać. Na wszystko podobno jest odpowiedni czas:)

  • Chyba muszę się zgodzić:) Podoba mi się zwłaszcza metafora, że „możemy być dobrymi graczami, ale to życie rozdaje karty”. Możemy nauczyć się być właśnie tymi dobrymi graczami i naukowcy od jakiegoś czasu już stąpają po tym terenie. Polecam „Kod szczęścia” Wisemana, który stara się wyjaśnić, dlaczego niektórzy są szczęściarzami i zdają się osiągać wszystko, a dlaczego niektórzy są pechowcami i zdają się być prześladowani przez ciemne moce.

    • Ach ci naukowcy, gdzie oni nie stąpają:) Ja dochodzę pomału do wniosku, że szczęście to nie jest coś, co zależy od osiągnięć. Aczkolwiek skonfrontować się z naukowym punktem widzenia zawsze spoko.

      • Szczęście w sensie błogostanu może i nie, ale w książce chodzi o szczęście w sensie pomyślności.

  • a juz myslalam, ze to ze mna cos nie tak. Nie chce byc perfekcyjna do bolu! Chwala Ci za ten tekst.

  • Właśnie teraz mam taki okres, że najchętniej zatrzymałabym czas i schowała się pod kocem. Nie nadążam ze wszystkim co TRZEBA zrobić, a nie jestem robotem i też chcę mieć czasem chociaż tą chwilę na prowadzenie bloga i chodzenia po innych :)

    • No i jeszcze ta pogoda… Cóż, na bardziej aktywne życie przyjdzie jeszcze czas:)

  • Świetnie to ujęłaś. Ja osobiście nie mam nic przeciwko książkom motywacyjnym czy wykładom. Sama je czytam, oglądam i w wielu dziedzinach życia bardzo mi pomogły. Ale tak jak piszesz, w życiu wielu rzeczy nie możemy przewidzieć. Nie możemy zaplanować wszystkiego, bo los jest przewrotny. “A życie, nawet takie dalekie od ideału, jest piękne, choćby dlatego, że w ogóle jest.” – i o tym powinniśmy pamiętać, bo tak jak piszesz, szczęście jest w środku każdego z nas.

    • Otóż to! cieszę się, że się rozumiemy.

  • Kocham Cie za ten post. To znaczy – wczesniej tez Cie kochalam, ale teraz bardziej.

    Tekst jak najbardziej dla mnie.

    • Wspaniałe to jest, przeczytać coś takiego. Dziękuję:)

  • Nie tylko na Ciebie one tak działają. Teraz po pewnych zmianach jakie we mnie zaszły patrzę na te teksty jeszcze inaczej, ale chyba nawet bardziej krytycznie. Jedyna rzecz jaka z tych wszystkich porad mi bardzo pomogła to “słoik szczęścia”, znajoma mi podsunęła pomysł i to się sprawdziło. Chyba ostatnio za rzadko z niego korzystam i trochę się pogubiłam.

  • Chociaż pierwsza część tekstu miała nieco pesymistyczny oddźwięk spodziewałam się po tobie happy endu. Poza tym czytając początek już wyrobiłam sobie swoje stanowisko. Całkiem podobne do Twojego. Chociaż mnie tak poważne zakręty życiowe jeszcze nie spotkały, zdaję sobie sprawę, że nie wszystkiemu damy radę. Pozdrawiam! Trzymaj się ciepło!

    • Tak, staram się szukać tych happy endów wszędzie, nawet jak nie jest łatwo. Bo one w końcu jednak zawsze przychodzą:)

  • Jasne, nie można wszystkiego i w pewnym momencie wpadamy w pułapkę. Ciągle biegniemy do tego ideału, aż w końcu się przewracamy albo opadamy z sił, bo w tym poradnikach nigdzie nie piszą, że czasem trzeba odpuścić. Ba! Mam wrażenie wręcz, że wszystkie te rozwojowe treści przekazują ukryty komunikat “MUSISZ wszystko”. Musisz jeść pięć posiłków i warzywa w każdym, bo jak zjesz batona dwa razy w tygodniu to jesteś beznadziejny. Jednak ja to hasło “możesz wszystko” odbieram inaczej i kiedyś te dwa słowa bardzo mi pomogły. Chodzi o to, że jeśli wydaje ci się, że jesteś małym człowieczkiem, który nic nie osiągnie, to najpierw rusz tyłek z kanapy i spróbuj, a nie zakładaj z góry, że się nie uda. Masz dwie ręce (a czasem i bez rąk można wszystko), więc bierz się do roboty, bo możesz wszystko, ale… druga część, bardzo ważna, o której piszesz: nie załamuj się, jeśli coś po drodze się stanie. Możesz wszystko, więc spróbuj czegoś innego.

    • W tym rozumieniu trudno się nie zgodzić:) W sumie to, że można próbować różnych opcji i iść własną drogą, jest jedną z najlepszych rzeczy w życiu:) Byleby były siły i zdrowie do tego brania się do roboty.

  • Trafilam tu przypadkiem i akurat taki post! Mysle dokladnie tak samo i drazni mnie to wszechobecne, a niekiedy wrecz aroganckie gadanie, ze mozesz wszystko, a jezeli nie mozesz, to znaczy, ze za malo sie starasz. Otoz nie, zycia nie da sie zaplanowac i przezyc samym chceniem. I wiesz co? Odkad to zycie wlasnie uswiadomilo mi te prosta prawde, jeszcze bardziej je doceniam i … jeszcze bardziej mi sie chce. Zyc pelnia zycia. Nie zdobywac. Pozdrawiam!

    • Twój komentarz dla mnie dużo bardziej motywujący niż te wszystkie rozwojowe blogi:)

  • ja nawet nie tyle co nie mogę, co po prostu nie chcę :)

  • Ja ogółem lubię motywacyjne teksty, ale takie w stylu ‘możesz wszystko’ również działają na mnie dołująco. Jestem człowiekiem mocno poturbowanym życiowo, w takim stopniu, że nawet najgorszemu wrogowi nie życzyłabym takiego dnia, jak ja miałam 19 lat życia. I nie mogę wszystkiego. Nie mogę ich zmienić. Nie mogę się odwichrować. Wiem, że przetrwam cokolwiek się wydarzy w moim życiu, ale nie mogę sobie obiecać, że zafiksuję jeszcze bardziej.
    Mogę to, co jestem w stanie zrobić. Co chcę zrobić i na co starczy mi czasu i chęci.

    • Widzę, że mamy podobne spojrzenie na tę sprawę… Na szczęście, chociaż przeszłości nie można zmienić, to z czasem można ją zrozumieć i odczarować. A teraźniejszość może być już zupełnie inna. Czas wszystko zmienia… Pozdrawiam ciepło :)

  • Uczuciowa

    Świetny tekst!!

    Faktycznie szlag może człowieka trafić gdy czyta te wszystkie uwarunkowania szczęścia i życiowego/zawodowego/rodzinnego powodzenia. Szczególnie jeśli sam w te wszystkie “prawdy” święcie wierzył. Może nawet one się sprawdzały latami, aż tu nagle przychodzi taki zwrot akcji, na który wpływu nie mamy żadnego. I łatwo jest dać sobie wmówić, że za mało się staram, za mało mi się chce. Może za słaby jestem? Nie, nie to akurat niemożliwe, bo przecież KAŻDY może WSZYSTKO;) Czyli wina siedzi we mnie. Coś robię źle, że nie radzę sobie z ojcem alkoholikiem, dzieckiem ze zdiagnozowaną hemofilią, stratą męża/żony/przyjaciela. Coś jest ze mną nie tak, że siadam i ryczę, zamiast zakasać rękawy, wysłać ojca na odwyk, znaleźć najnowszą terapię dla dziecka, poszukać nowych relacji, a jednocześnie wciąż piąć się po szczeblach kariery, realizować wszystkie życiowe plany i nie zapominać o chwili relaksu dla siebie. Rozwijać pasje i dostarczać sobie niezbędnych dla balansu psychicznego przyjemności.

    Moje życie nie jest pasmem sukcesów. Doświadczyłam porażek, frustracji i rozczarowania. Czasem parłam do przodu, a czasem opadałam z sił. Są sprawy, które napawają mnie dumą i takie, z których zadowolona nie jestem. Wyję czasem do księżyca, bo nie wiem czy więcej zniosę. Ale wczoraj rozmawiałam długo z siostrą, która ma poczucie całkowitej życiowej klęski i zdałam sobie sprawę, że choć dzielimy wiele trudnych doświadczeń ja mam to szczęście, że za swoje życie jestem wdzięczna. Ze wszystkimi jego blaskami i cieniami uczyniło mnie tym kim jestem. Pozwoliło doświadczać trudów, ale też radości. Jak mogłabym zrezygnować z tych pierwszych na rzecz drugich? Nie byłabym już wtedy sobą. Właściwie wogóle by mnie nie było. Dlatego – parafrazując słowa Jana Nowaka-Jeziorańskiego – mojego życia, takiego niedoskonałego jakim było, nie zamienilabym na żadne inne:)

    • Cudowny jest ten Twój komentarz, jest mi tak bliski, że aż się wzruszyłam czytając go. Dziękuję!

  • Myślę, jak ugryźć temat, żeby skomentować to co napisałaś. Też nie lubię kołczowania, choć czasem znajomi mówią, że sama powinnam się taka profesją (u mnie to raczej pozytywne nastawienie i nie niezałamywanie się porażkami). Niestety, ale na niektóre sytuacje nie mamy wpływu i czasem ponosimy konsekwencje nawet nie naszych wyborów, ale po prostu chichotu losu.

    Mnie męczy taka myśl “nie wiesz ile masz czasu” i czasami to mnie zapędza w ślepą uliczkę, bo każdy dzień chciałabym przeżyć na maksa, pełnie, świadomie, a tak się nie da. Smutki, porażki i leniuchowanie też nam jest potrzebne. Wszystko jest wynikiem czegoś, oraz wierzę że nic nie dzieje się bez przyczyny… A po tym wszystkim tak ja mówisz nadal trzeba grać, mimo tego że czasem karta nie taka jakbyśmy tego chcieli.

  • No patrz: a mnie “Możesz wszystko” kojarzy się tylko z piosenką. Czy coś ze mną nie tak? A tak na serio, to też mam wrażenie, że Ci wszyscy coach’e są panami życia i śmierci, albo przynajmniej tak im się wydaje. Ja w upadkach nie widzę nic złego a nawet wręcz odwrotnie. To w tych chwilach słabości, pozornie niepotrzebnych jest największy sens, bo człowiek to nie robot.

  • Jestem tu pierwszy raz i już Cię uwielbiam za ten tekst! :) Mamy takie same przemyślenia. I być może bliskie doświadczenia, które przynoszą brutalne przebudzenia. Pozdrawiam Cię :) Na pewno będę tu częściej wpadać.

  • Oksa Fio

    Super to ujęłaś. Nic nawet nie mam do dodania. Właśnie tak wszystko.

  • Jasne, że te wszystkie katastrofy są możliwe, nigdy nie wiemy jakie nieszczęście spadnie nam na łeb i zdarza mi się nad tym zastanawiać dość często (ostatnio niestety za często) i czy to coś daje oprócz świadomości? Lęk i stres – nic wiecej. Zdecydowanie wolę działać. Wziąć życie w swoje ręce i grać (jak to nazwałaś). Ludzie potrzebują motywacji, ponieważ mamy społeczny problem jego braku. Co złego, że szukamy go w książkach i na blogach? Według mnie nic.

    Jeżeli komuś ma to pomoc wstać i wziąć się w garść to swietnie. Mam wrażenie, że wiecej zastanawiamy się nad wszystkim “co by było gdyby” zamiast działać i to jest problem.

    • Zmotywowana jesteś dziewczyno :) To jest wpis na doła, nie na taką fazę do działania ;) a ja kolejny raz przekonuję się, że działanie to tylko jeden z elementów potrzebnych, żeby się powiodło..

      • Chyba masz rację. ;D Od jakiegoś czasu motywacja aż ze mnie kipi, kiedyś tak nie było, więc teraz się tym upajam. ;) W zły moment trafiło ;)

  • Ja właśnie odkryłam, że w tym “mogę wszystko” jestem swoim największym wrogiem… ale nie dlatego, że jestem zła czy nieakuratna. Po prostu jestem jaka jestem i akceptuje swoje ograniczenia. No i jak mi się nie udaje to próbuję ale nikt nie jest doskonały taka jest prawda i w sumie nawet lepiej jak nie jest. Chyba właśnie sukcesem jest zaakceptowanie tej własnej niedoskonałości i niemocy w pewnych sprawach. Czasem największym kopem do rozwoju jest zaakceptowanie porażki i tego, że życie będzie takie jak jest i nie ma co z nim walczyć. Taka przewrotność losu.