9 migawek znad polskiego morza


Nasze morze jakie jest, każdy widzi. Jest zimno, drogo, szaro i wszędzie psy sikają. Specjalnie zrobiłam kilka zdjęć, żeby pokazać, jak tam beznadziejnie było w tym roku. Tak tragicznie, że aż nie mogę się doczekać następnego razu.

Mieszkaliśmy na działce Teściów. Nie podaję bliższych namiarów z obawy, by wszyscy moi fani, których jeszcze nie mam, nie zaczęli masowo nadciągać do tego ociekającego zajebistością miejsca. Była tam już ponoć jedna duża impreza na sto osób i skończyła się porannym najazdem bardzo wkurzonych panów policjantów, którzy jeździli w kółko przez kilka godzin po polach i lasach, szukając źródła dźwięku. Jest więc szansa, że przy zachowaniu ciszy nikt nigdy tego miejsca nie odnajdzie i będzie mogło pozostać takie, jakie jest – z wodą z pompy, prysznicem z czarnego gumowego worka, blisko natury, daleko od cywilizacji.

1. Bursztynowa autostrada

Można powiedzieć, że nasze wakacje zaczęły się w sekundzie, kiedy wkroczyliśmy na popularną i po latach nareszcie dokończoną drogę A1. W każdym mijanym samochodzie na tylnym siedzeniu jechało albo dwoje dzieci i duży pies, albo walizki napchane po sufit, a najczęściej jedno i drugie. Brakowało tylko teściowej jadącej na dachu. Na MOPach panowała atmosfera iście piknikowa, z wielopokoleniowymi rodzinami zasiadającymi do konsumpcji naleśników z serem, kolejkami po lody i kawę i samochodami krążącymi w poszukiwaniu miejsc parkingowych. Dodajmy, że wyjechaliśmy o 6 rano. Nie chcę wiedzieć, co się tam działo na przykład koło południa, kiedy my już zjeżdżaliśmy w Tczewie, nie chcąc się nadziać na dwugodzinny korek w Gdańsku. Na naszym zjeździe też zresztą sobie postaliśmy, patrząc, jak matki z dziećmi wyskakują z samochodów pod okoliczne metrowe drzewka na siku, a ludzie z nudów wystawiają nogi przez okna, w tym ja. Następnym razem jedziemy w nocy.IMG_0812IMG_0818

2. Wszystkie zachody słońca

Tak się jakoś złożyło, że prawie każdy wieczór spędzałam na plaży, miałam więc okazję obejrzeć wiele razy najbardziej romantyczny pejzaż wszechczasów. Razem ze mną oglądało go wiele par i rodzin, które specjalnie po ten widok przychodziły, a po zakończeniu spektaklu – wychodziły z plaży. W międzyczasie odbywał się festiwal biegania za źle puszczonymi lampionami, które zamiast wznosić się w górę, leciały pół metra nad ziemią. Znajomy dziwił się, że robię zdjęcia tym zachodom i tak je z uwagą obczajam, skoro przecież wszystkie one są takie same. Nie są. Każdy jest inny. Dlatego, że każda sekunda naszego życia jest inna. Skoro codziennie jem śniadanie, to czy mam przestać je smakować i nim się cieszyć, bo przecież wszystkie bułki z serem czy owsianki z jabłkiem są takie same? Czy mam już nigdy się nie malować, bo przecież codziennie i tak mam taką samą twarz? Wobec tego po co w ogóle przeżywać życie? Popadnięcie w taką rutynę to pierwszy, wielki krok do zostania żywym trupem.
W dodatku zachody są jeszcze lepsze niż śniadania, bo naprawdę morze każdego dnia potrafi wyglądać inaczej.
IMG_0824IMG_1017IMG_1155

3. Okoliczni mieszkańcy

Mylą się wszyscy ci, którzy twierdzą, że na odludziu nikt nie mieszka. I nie mam tu na myśli naszych kilku imprezowych sąsiadów z ich weekendową wizytą. Nasza działka i cała droga na plażę to była prawdziwa metropolia.
Darzę wielką sympatią owady, pajączki, ślimaczki i wszelkie robaczki, w czym jestem wyraźnie odosobniona. Lubię obserwować, jak sobie żyją, przez nikogo nie niepokojone, w swoim naturalnym środowisku. Moim zdaniem to bardziej ich dom, niż mój, więc uważnie patrzyłam, gdzie lezę, by nikogo nie rozdeptać na jego własnym podwórku ani nie zburzyć mu chaty przez niepotrzebne wymachiwanie rękami. Jedyne istoty, które nie mogły liczyć na moją litość, to końskie muchy, ale w tym przypadku działałam w samoobronie.
IMG_0864Za to pająki z ich wspaniałymi sieciami mogły liczyć na mój zachwyt, szczególnie nad ranem, gdy w pajęczynach zebrała się rosa. Cała łąka przemieniła się w delikatne, srebrzyste miasto. Kto by pomyślał, że jest ich aż tyle. Wszędzie.IMG_1165IMG_1168IMG_1170

4. Rodzinna Karwia

Karwia kojarzy mi się z goframi z bitą śmietaną, najlepszym letnim deserem wszechczasów. Kupię sobie tę gofrownicę w końcu. Na marginesie, pod każdą taką budką z goframi, gdzie mają choćby jeden stolik z krzesłami, zawsze musi siedzieć jakiś tłusty koleś lub laska, upaprany polewą czekoladową, z całą gromadką grubych dzieci wlewających w siebie colę. Ja wiem, że na wakacjach wszystko wolno, a tak w ogóle to ich sprawa… ale to po prostu kłuje mnie w oczy. Tylko mi nie mówcie, że to zły metabolizm. Poza tym Karwia jest idealna, jeśli masz dzieci. Składa się z samych rodzinnych pensjonatów i ośrodków, wszędzie jest od groma smażalni i obiadów domowych, po plaży biegają hordy dzieci z grabkami i wiaderkami, a rodzice w tym czasie integrują się w plażowym barze. Z tego samego powodu, jeśli nie masz dzieci, jedź do Dębek.
IMG_0881IMG_0887

5. Imprezowe Dębki

Dębki są chyba z 15 km od Karwii, są podobnej wielkości i też mają kształt litery T, ale klimaty panujące w tych dwóch miejscowościach znacząco się od siebie różnią. Tak samo, jak grupa wiekowa odwiedzających. Są biegające z butelką po plaży szalone szesnastki, tańce godowe na parkiecie, ale i bifory pod gwiazdami, kolorowe drinki, ruch i gwar, wszystko, co się nam podobało, jak byliśmy młodsi. I dalej się podoba, bo przyjemnie jest popłynąć w wakacyjną sobotnią noc. Przy tym wszystkim nie jest to jakiś hałaśliwy kurort, raczej kempingi w lesie i domki, te sprawy. I najszersza plaża w okolicy.IMG_0983IMG_0965IMG_0963I fajne wydmy, po których oczywiście nie należy chodzić.IMG_0973IMG_0977

6. Klif w Białogórze

Z Białogóry dla odmiany strasznie jest daleko nad morze, idzie się pod lasem, długą asfaltową drogą, która w zachodnim kurorcie dawno zostałaby przerobiona na promenadę, albo przynajmniej ktoś by tam postawił budkę z lodami i piwem. Jest za to bar, jak już się dojdzie na plażę. I wysoki klif, na który można się wdrapać, gdy straż przybrzeżna nie patrzy, bo jest tam zacisznie i jest ładny widok. O samej miejscowości nic nie powiem, gdyż zwiedzaliśmy ją tylko około dziesięciu minut. Wyglądała na małą i sympatyczną, jeśli tylko mają tam domki Brda, mogę jechać.
IMG_1022IMG_1027

7. Lans na Helu

Jeden dzień przeznaczyliśmy na wycieczkę. Najlepszą możliwą komunikacją: samochodem do Władysławowa, a dalej pociągiem wzdłuż półwyspu. Na samym końcu Helu byliśmy rok temu, więc tym razem wysiedliśmy w Juracie. A później wsiedliśmy jeszcze raz i wysiedliśmy w Jastarni. I powiem tak: Zatoka jest piękna i malownicza, jest molo, są windsurferzy. A po drugiej stronie, na otwartym morzu – młyn, dramatyczne tłumy, warszawka i płatne toalety przy plaży. Jurata – ludzie przyjechali się pokazać, wystrojeni, płacą 28 zł za kawę w ekskluzywnej kawiarni przy plaży. Jastarnia – mają masę fajnych wyprzedaży, gdzie można wydać kasę, kupiłam sobie bluzę, ale nie pokażę, chociaż od tej pory cały czas w niej chodzę. Ten wyższy poziom lansu wyrównał nam powrót zatłoczonym pociągiem, przypominającym autobus na szynach, nawet też jechaliśmy na przegubie.
IMG_1096IMG_1089IMG_1103IMG_1052

8. Kąpiel we mgle

Podczas naszego pobytu jedne dni były słoneczne, inne… jeszcze bardziej słoneczne. No, jeden wieczór był zachmurzony i coś kapało. Raz mimo słońca powietrze było mleczne. A nazajutrz mieliśmy na plaży krainę fantasy. Tyle razy byłam nad morzem, a jeszcze nie zdarzyło mi sie plażować przy widoczności kilku metrów. Siedzieliśmy w chmurach, w rozproszonym słońcu. Sprzedawcy kukurydzy wyłaniali się z niebytu i rozpływali kilka metrów dalej. Do tego woda, choć zimna, dawała się znieść. Przez zamiłowanie do sauny stałam się morsem i nawet kilka chwil udało mi się popływać. W kłębach mgły, ciężkiej, snującej się nisko nad ziemią i wodą. Coś pięknego.
IMG_1121

9. Wschód słońca na plaży

Przy wschodzie zaliczyliśmy falstart, bo wybraliśmy się na niego w dzień, kiedy akurat go odwołali. Zamiast wschodu robiło się coraz widniej, aż w końcu było już jasne, że na nic więcej nie możemy liczyć. Nawet nie byliśmy pewni, gdzie konkretnie to słońce wzeszło.
IMG_1162Dzień później wcale nie planowałam nigdzie chodzić, ale akurat obudziłam się na pół godziny przed wschodem i było jasne, że już nie zasnę i muszę go zobaczyć. I był tam.
IMG_1178IMG_1184Dużo morza na tych zdjęciach, co? Myślałam, że przez dwa tygodnie się nasycę, ale gdzie tam. Żebym dwa miesiące nie schodziła z plaży, chyba nigdy nie będę miała dość kontaktu z tą głębią, ogromem, potęgą żywiołu, a jednocześnie medytacyjnym, boskim spokojem. Szum morza jest jak oddech Matki Natury. (Paulo Coelho może mi klapki z piachu czyścić.)

A już za parę tygodni relacja z wyprawy do miejscowości nieco większej, dalej położonej i bardziej ucywilizowanej:)

No Comment

Leave a reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *